Run Forrest, run!

Są rzeczy, które warto zrobić w życiu chociaż raz.

Jedną z nich jest przebiegnięcie maratonu.

I nie chodzi o to, że jest to jakiś dystans niemożliwy do pokonania – bo jest jak najbardziej (chociaż nie każdemu jest on pisany). Bardziej chodzi o to wszystko, czego się doświadcza przed, w trakcie i po biegu.

Swój pierwszy maraton przebiegłem w 2013 roku (35. PZU Maraton Warszawski). Byłem wtedy na etapie wyłącznie biegania (może trenowałem trochę kalisteniki, ale skupiałem się głównie na bieganiu). I pomimo szczerych chęci i wiary w siebie, przygotowałem się bardzo słabo, co dało w efekcie oficjalny wynik wynoszący 4:28:32. To było jedne z najtrudniejszych czterech i pół godziny w moim życiu, ale satysfakcja po przekroczeniu mety, była nie do opisania. Po prostu bajka. Jednak niedługo po tym fakcie odnalazłem CrossFit i porzuciłem całkowicie bieganie (poza biegami na 5-10 km, ale zawsze bez ciśnienia i parcia na wynik – po prostu biegłem na tyle, na ile byłem w stanie i – wbrew pozorom – poprawiałem swoje wyniki).

Przed

Pod koniec 2014 roku złamałem nogę i po około półrocznej przerwie od CrossFitu, w pierwszym kwartale tego roku, podjąłem decyzję o ponownej próbie pokonania królewskiego dystansu. Wydawało mi się to rozsądne, a zważywszy na ograniczenia w możliwości trenowania CF, bieganie było jedną z dyscyplin, którą mogłem uprawiać bez większego problemu. I w ten oto sposób, w kwietniu 2015 rozpocząłem przygotowania do 37. Maratonu Warszawskiego. Miałem plan treningowy uwzględniający 4 treningi w tygodniu, 6 miesięcy na przygotowanie się do startu i masę dobrych chęci. Jednak po mniej więcej dwóch miesiącach wróciłem na CrossFit i siłą rzeczy bardzo mocno ograniczyłem bieganie – po prostu CrossFit daje mi dużo więcej satysfakcji oraz efektów, również w wynikach biegowych (przynajmniej do 20 km włącznie).

Z pierwotnego planu biegowego pod maraton wybiegałem około 25% treningów, czyli mało, zbyt mało, aby rozsądnie podejść do pokonania 42 km 195 m i poprawienia wyniku sprzed dwóch lat. A cel miałem ambitny, bo wynik chciałem poprawić o prawie pół godziny – założyłem, że złamię granicę 4 godzin*.

Biegałem bez ładu i składu, czasem realizując trening wynikający z planu, czasem wychodząc po prostu pobiegać, ale zazwyczaj nie biegałem wcale. 1-2 biegi raz na 2-3 tygodnie, to było wszystko, co robiłem w tej dziedzinie. Pozostałe dni wypełniały treningi CF. Zapewne część z Was (a może nawet i wszyscy) pomyśli, że to była głupia decyzja i bardzo nierozsądne podejście, ale ze sportem jest tak samo, jak z dietą – to, że coś działa na jedną osobę, niekoniecznie musi dawać analogiczne efekty u innej osoby. Owszem, są najlepsze praktyki i sprawdzone sposoby, ale nie oznacza, że są one uniwersalne i jedyne w dążeniu do realizacji celu. Ja postanowiłem podejść do przygotowań zupełnie inaczej i pobiec maraton bez większego przygotowania biegowego. Także w efekcie wyszło na to, że przed startem w maratonie nie zrobiłem ani jednego wybiegania na ponad 30 km, biegałem (na początku) głównie biegi po 8-15 km, interwały i kilka wybiegań na 20-25 km (pod koniec „przygotowań”). I byłem święcie przekonany, że mi to w zupełności wystarczy, bo znałem swoje możliwości i odczucia po tego typu biegach. Wiedziałem również, że jestem w stanie przebiec ot tak półmaraton, z dużo lepszym tempem niż 2 lata wcześniej, gdy trenowałem wyłącznie bieganie. CrossFit przynosił efekty bez dwóch zdań.

Przygotowałem wszystko na bieg i czekałem na godzinę zero.

Rzeczy na maraton

W trakcie

27.09.2015 nadszedł sądny dzień – 37. PZU Maraton Warszawski. O ile dwa lata wcześniej byłem mocno zestresowany udziałem, o tyle w tym roku podchodziłem do startu na luzie i czułem tylko delikatny stres związany z tym, co będzie po przekroczeniu magicznej bariery 30-34 km (wtedy najczęściej pojawia się efekt tzw. ściany). Poza tym, byłem pozytywnie nastawiony i pełen dobrych myśli, że uda mi się zrealizować mój cel nadrzędny – złamanie 4 godzin.

Poza brakiem przygotowania typowo biegowego podjąłem jeszcze jedną „głupią” (z punktu widzenia biegaczy) decyzję – stwierdziłem, że pobiegnę techniką positive split, czyli mówiąc krótko: na początku lecę szybko, po to, aby pod koniec nieco zwolnić. Zazwyczaj zaleca się zupełnie odwrotne podejście (tzw. negative split), ze względu na to, że jak na początku biegu człowiek się zajedzie i zmarnuje masę energii, to nie będzie jej miał na końcówkę biegu. Ja jednak czułem wewnętrznie, że jestem w stanie sobie na to pozwolić, a moje nogi znosiły już dużo większe obciążenia podczas wielu wymagających WODów w boxie CrossFitowym, w którym trenuję. Co prawda treningi CF nie trwają czterech godzin, ale podświadomość mi podpowiadała, że dam radę ;)

Po wystartowaniu odpaliłem funkcję Running w Spotify i biegłem pod playlistę Burn by Tiesto – energetyczną składankę setów, przy których bez problemu utrzymuję tempo na poziomie 5:20-5:30 min/km (a moje docelowe średnie tempo do złamania 4 godzin powinno wynosić 5:39 min/km, więc biegłem szybciej, niż powinienem. EDIT: jak słusznie zauważył mój znajomy, Łukasz Remisiewicz, autor bloga RunEat – czas do złamania czterech godzin, to 5:41 min/km. Musiałem o tym zapomnieć, bo w dniu biegu byłem przekonany, że nie mogę przekroczyć 5:39). I przez pierwsze 30 km faktycznie tak było – biegło mi się bardzo dobrze, bez problemów i jakiegokolwiek odczucia zmęczenia czy bólu. Mało tego, podczas przebiegania przez Łazienki byłem tak zafascynowany trasą, że na odcinku 3 kilometrów przyspieszyłem, czując wewnętrzną radość z  biegu.

Po przekroczeniu bariery 30 kilometrów czekałem trochę na ścianę i byłem bojowo nastawiony na jej rozwalenie. Ta jednak się nie pojawiła, a ja biegłem dalej. Przez cały bieg w ogóle nie skupiałem się na pozostałych kilometrach do przebiegnięcia, dystans odliczałem na kilometrach, które mi zostały do wzięcia kolejnego żelu energetycznego (miałem ich 5 i przyjąłem strategię, że zjem je na 8 km, 18 km, 28 km, 33 km i 38 km). Podejrzewam, że energia i brak ściany, to właśnie efekt zjadania żeli w zaplanowanych punktach dystansu oraz pozytywne nastawienie psychiczne.

Dodatkowo mocy dodawał doping kibiców i zabawne transparenty (np. „Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu”, „Uśmiech na twarzy niweluje efekt kwasu mlekowego”, „to już ostatnie kilometry” a pod spodem zdjęcie Donalda Tuska i wiele innych, wymyślnych haseł). Poza tym było wielu biegaczy, którzy wywoływali uśmiech na twarzy ze względu na swój strój, ale też takich, którym szczerze współczułem (ze względu na ubiór, np. bawełniane koszulki, długie spodnie, zimowe czapki na głowie, etc.). To wszystko powodowało, że pędziłem niczym wiatr, ze stałym tempem.

Oczywiście przebyty dystans i szybki bieg w pierwszych ¾ biegu nie pozostały bez znaczenia i ostatnie 12 km biegłem już nieco wolniej, utrzymując średnie tempo na poziomie 5:30-5:40. Jednak nie martwiło mnie to zupełnie, bo wiedziałem, że jeśli nie wydarzy się nic strasznego i nieprzewidzianego, to spokojnie złamię barierę czterech godzin.

Maraton Warszawski - miedzyczasy

I ostatecznie nic złego się nie wyłoniło, poza typowym zmęczeniem fizycznym nóg. Ostatnie 4 km mocno walczyłem o utrzymywanie tempa, bo zaczęły mnie boleć kolana i stopy, ale wiedząc, jak niewiele mi zostało do mety, uznałem, że ten ból jest nieistotny. Jedyne czego się bałem to tego, że mogę nagle dostać skurczu w łydkach lub udach, ale zacisnąłem zęby i biegłem najszybciej, jak mogłem.

Na metę wbiegłem z czasem netto 3:58:52. Cel zrealizowany, 4 godziny złamane. Mission accomplished.

37. PZU Maraton Warszawski - medal

Po

Po przekroczeniu mety czułem ogromną satysfakcję i radość z osiągnięcia celu. Okazało się też, że chodzenie jest dużo trudniejsze niż bieganie, bo nogi – po niespełna 4 godzinach biegu – były tak spięte, że ledwo byłem w stanie kucnąć czy się schylić. Cóż – taka jest cena sukcesu ;) Po rozciąganiu i ochłonięciu, było już dużo lepiej.

Wieczorem zjadłem wielką pizzę, wypiłem kilka piw i padłem jak mucha. To był zdecydowanie świetny dzień :)

Radość po ukończeniu maratonu

Dziś (poniedziałek), jest nieco gorzej, nogi bolą a zejście po schodach stanowi nie lada wyzwanie, ale szczerze mówiąc, sądziłem, że będzie gorzej.

To, co przeraża mnie najbardziej, to fakt, że miał to być mój drugi i ostatni maraton – bieganie długich dystansów nieco kłóci się z moimi celami, jakie stawiam sobie w CrossFicie. Jednak już w głowie kiełkuje mi myśl, aby jednak w przyszłym roku spróbować ponownie i pokonać kolejną barierę – może 3:45?

Zobaczymy :)


Oczywiście tym tekstem nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że moje podejście do przygotowań do maratonu było słuszne. Chciałem jedynie pokazać, że da się pokonać ten dystans, bez realizacji biegowego planu treningowego. Jednak – tak jak wspomniałem w tekście – każdy z nas jest inny i to, że mnie się udało, nie oznacza, że inni powinni brać ze mnie przykład. Słuchajcie swoich ciał, obserwujcie reakcje i mierzcie siły na zamiary. Pomimo totalnie innego sposobu przygotowania się do biegu, nadal uważam, że dużo rozsądniejsze i bezpieczniejsze dla zdrowia jest porządne przygotowanie się i wybieganie odpowiedniego kilometrażu. Albo mówiąc krócej: nie róbcie tego w domu :)

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Run Forrest, run!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s